Przez ponad półtora roku mawiałam, że moja praca jest stresująca, ale jakoś daję sobie z nią radę. Koło października przestałam tak mówić.

Nie za bardzo w pierwszej chwili byłam w stanie ocenić, co jest tego przyczyną. Potem dotarło do mnie – mam więcej pracy, niż jestem w stanie ogarnąć. Okazało się, że w krótkim czasie ilość spraw reklamacyjnych, którymi się zajmuję, wzrosła o 30%. Do tego doszło robienie raportów, których sobie zażyczyli moi przełożeni. Zaczęłam gonić własny ogon i mieć poczucie, że jestem w pułapce.

To temu zapewne zawdzięczam stres, który przyniósł mi wysokie ciśnienie.

Przez 3 tygodnie pracowałam po 10 h na dobę, 5 dni w tygodniu, ale kiedy okazało się, że zapracowałam na kardiologa, postanowiłam, że koniec z pracą ponad 8 h.

Poprosiłam o rozmowę mojego ulubionego członka zarządu. Powiedziałam mu wprost, jak wygląda sytuacja. Że na dłuższą metę tak nie pociągnę, że nie mam zamiaru umierać za firmę, że zaczynam czuć wypalenie.

Początkowo, miałam wrażenie, nie podziało się nic. Poza tym, że dowalono mi kolejne raporty, które rozpaczliwie próbuję obrabiać w chwilach między bieżącymi sprawami…

Aż nagle zaczęło się dziać…

W połowie grudnia udało mi się pokazać zarządowi firmy z innej strony niż reklamację. Bo, oficjalnie, to ja należę do działu marketingu. Kiedy przyjmowano mnie do pracy, założenie było takie, że połowę czasu będę poświęcać na reklamację (których miało być kilka he he he), a połowę – na marketing. Szybko okazało się, że skoro jestem dobra w reklamacjach (i sprawach formalnych w stylu atestów, parametrów itp), to zaczęły pochłaniać one coraz więcej czasu, bo stopniowo przejęłam również takie, które są z innych działów. Rocznie, sama jedna, zajmuję się około 400 tematami i w nigdy nie są to sprawy kończące się na 1 mailu.

Takim sposobem, krok po kroku, moje związki z marketingiem ograniczyły się niemal wyłącznie do siedzenia w jednym biurze z działem.

Dlatego, kiedy jakiś rok temu z hakiem pojawił się w firmie dyrektor zarządzający – P., mający bardzo silne związki z marketingiem, nie miał okazji za bardzo poznać mnie, mojej pracy, moich możliwości. Trochę bardziej mógł poznać mnie J. – szef działu marketingu, od kilku miesięcy, bo od października siedzieliśmy w jednym biurze. Miałam wrażenie (i słusznie), że nawet nieco mnie obserwuje. I tak było aż do połowy grudnia.

Najpierw J. zapytał czy mogłabym napisać i nagrać (jestem firmowym głosem) jingiel reklamowy do firmowego radiowęzła. Następnego dnia zaproponowałam dwa teksty, po nagraniu jeden z nich poszedł do emisji.

Niemal w tym samym czasie J. poprosił, w pewne czwartkowe wczesne popołudnie, abym napisała tekst o naszej lampie, do dużego portalu wnętrzarskiego. Akurat dział marketingu świecił pustkami, więc za bardzo nie było alternatywy, bo z jakiegoś powodu tekst miał być gotów na wieczór.

Podzwoniłam, zebrałam informacje, napisałam tekst, wysłałam do J., on do P.

Odpowiedź była jednoznaczne – potrzeba dużych poprawek, właściwie powinien być napisany na nowo. Chłopaki zaprosili mnie na burzę mózgów. W dość energiczny sposób przekazali mi, jaki efekt chcą (a głównie – P.) osiągnąć. Ja wrzuciłam też swoje uwagi. Podczas dyskusji moja uwaga była skupiona na zrozumieniu sensu i celu, i zanotowałam sobie tylko kilka słów kluczowych. To zaniepokoiło P.

– Dlaczego nie piszesz tego, co mówię?

– Myślałam, że ja mam to zapisać, ale na komputerze – zażartowałam

– Ale ty tego nie zapamiętasz!

– Zobaczymy…

W trakcie spotkania P. jeszcze raz zasugerował, że powinnam zapisywać jego słowa. Stwierdził nawet, że jeżeli bez notowania napiszę ten tekst, tak jak on chce, to będzie świadczyło, że „mam łeb”.

Pół godziny później dostał tekst, do którego wniósł tylko kilka drobnych poprawek kosmetycznych.

Tu mała uwaga na marginesie – ta sytuacja była dla mnie kapitalna, bo wiele się nauczyłam, w błyskawicznym czasie. Ja, w głębi jestestwa, jestem nadal dziennikarzem i to starego sortu. Jeżeli piszę tekst, szeruje coś, to muszę mieć pewność, że wiem co piszę. I dlatego pierwszy tekst był dziennikarski, w starym stylu. A potem w ciągu spotkania, które trwało kwadrans, zrozumiałam, jaka jest różnica między tekstem dziennikarskim a marketingowym. I myślę, że właśnie potencjał do błyskawicznego pojęcia tej różnicy najbardziej zwrócił uwagę P.

Następnego dnia odbył ze mną rozmowę, którą zaczął od słów „ty się marnujesz w tej pracy”. Piękne, nie? 🙂 Pół życia marzyłam o tym, żeby powiedział mi tak ktoś, kto zarządza firmą, dla której pracuję 😉

Stwierdził, że chciałby, abym wróciła do działu marketingu, bardziej zaangażowała się w takie działania. Nie ukrywałam, że będzie to możliwe, ale tylko jeżeli dostanę kogoś do pomocy w sprawach reklamacyjnych.

Od tej pory już zaczynam być nieco wprowadzana w marketing, choć moja rola w nim jeszcze nie do końca się wykrystalizowała.

To jest jedna, pozytywna zmiana. Co prawda mam w głowie rozmaite emocje, z nią związane (z różnych powodów, o których nie chcę tu pisać), ale bardzo potrzebuję czegoś, co pozwoli mi się oderwać, choć częściowo, od reklamacji.

Kolejna zmiana, to plan wprowadzenia systemu, który uporządkuje reklamacje. Będzie powiązany z naszym programem do obsługi sprzedaży i zarządzania magazynami. Wymusi na handlowcach określone działania. Do tej pory ja też próbowałam, ale efekty były takie, że kiedy pisałam mail, to przez kilka tygodni był spokój, a potem znowu się wszystko rozłaziło. Odgórny, uporządkowany system zmieni to radykalnie – będzie mi łatwiej 🙂

A w tym tygodniu okazało się, że dostanę wsparcie. Co prawda dopiero za jakieś 1,5-2 miesiące (bo będzie to człowiek ze sprzedaży, więc trzeba przeszkolić kogoś, kto tam go zastąpi), co prawda na około 10 h tygodniowo, ale zawsze to coś. Przerzucę na niego sprawy wymagające najmniej wiedzy i doświadczenia, a jednocześnie takie, które mnie mocno absorbują – załatwianie drobnych, papierkowych spraw, których nienawidzę 🙂

Uwieńczeniem tego wszystkiego była wczorajsza rozmowa z Szefem Wszystkich Szefów (czyli Prezesem i głównym udziałowcem firmy) – pogadaliśmy o polityce (jesteśmy po tej samej stronie barykady), o kwestiach społecznych, a na koniec powiedział, że bardzo się cieszy, że dla nich pracuję, bo dzięki temu od 2 lat nie słyszy o żadnych aferach z reklamacjami i dołożył mi parę komplementów, na temat mojej elokwencji, mądrości itp. Możliwe, że ta przemowa była reakcją dobrego managera na moje wcześniejsze stwierdzenie, że reklamacji jest więcej i że przestałam się wyrabiać, ale i tak miło było mi to słyszeć.

Dzieje się. Zawodowo nie jest mi ostatnio łatwo, ale przynajmniej widzę jakieś światełko w tunelu…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s