Mieszkam w Krakowie niemal 12 lat. W ciągu pierwszych 11 byłam w Zakopanym raz, przez godzinę. Przyjechałam wraz z Młodym (przy okazji reklamacji w Poroninie), zaparkowałam, poszłam na Krupówki. Wytrzymałam tam jakieś 10 minut, odwróciłam się na pięcie i obiecałam sobie, nie przyjeżdżać więcej. Było to chyba w drugim moim roku w KRK i parę następnych lat udało mi się dotrzymać tej obietnicy.

A w ciągu minionych 10 miesięcy byłam tam 8 razy. Dziś właśnie – ósmy.

O Morskim Oku słyszeli chyba wszyscy. Ja – również. Ale jeszcze tam nie byłam. Pomyślałam, że to fajna, zimowa opcja – skoro z powodu serca nie mogę za bardzo popylać po tatrzańskich szczytach, to w ten sposób napasę moje oczy widokami.

A żeby plan trochę podrasować, żeby nie było z tego tylko 4 h w podróży, 4 h maszerowania najnudniejszą tatrzańską drogą i 5 minut nad jeziorem (bo zakładałam, że więcej w tłumie nie wytrzymam) dodałam do tego podejście do Czarnego Stawu pod Rysami, a na powrocie do autobusu – zejście do schroniska w Dolinie Roztoki, na obiad.

Myślałam, że nie będzie chętnych na taką marną trasę, ale okazało się, że chętnie wybiorą się i Domi, i Kinia, i Milena. Co prawda Kini wypadła randka a Milena w środę załapała kontuzję, która eliminuje ją na 3 tyg z gór, ale finalnie wybraliśmy się w czwórkę – ja, Domi i dwóch znajomych.

Zanim jednak doszło do wycieczki sporo czytałam o pewnej tragedii związanej z Czarnym Stawem. Za sprawą książki o TOPRze, przypomniał mi się temat lawiny, która prawie 16 lat temu porwała uczestników wycieczki z liceum w Tychach. Przeczytałam kilka tekstów na ten temat, obejrzałam film „Cisza”. I kiedy stałam nad Stawem, patrzyłam na miejsce, z którego zeszła lawina, myślałam o tych, co zginęli, o tym, jak ciała części z nich, przez kilka miesięcy spoczywały w stawie.

Dziś, podobnie jak wtedy, był drugi stopień zagrożenia lawinowego..

Na szczęście na tym zakończyły się podobieństwa.

Samo podejście do Stawu było ciekawym wyzwaniem. Warunki były trudne, więc podchodziliśmy po stromizmie, pokrytej dość luźnym śniegiem, który tylko miejscami był udeptany. Gdyby nie raczki i kije – nie zdecydowałabym się na podejście. Wchodzenie nie było łatwe, ale zejście było już bardzo trudne.

Ale cieszyło mnie to, że nie sapałam bardziej, niż moi towarzysze wyprawy. A wszyscy byli młodsi i bardziej zaawansowani w wędrówkach niż ja. Czyli, najwyraźniej, moja sytuacja sercowa się normalizuje 🙂

Widoki, podczas wycieczki, były naprawdę wspaniałe. Pogoda dopisała – wbrew prognozom, cześć dnia było pogodnie, a śnieg zaczął padać dopiero późnym popołudniem.

Ostatnia fotka jest autorstwa Domi i mozna by ją zatytułować „To tam pójdziemy” – zrobiona znad Moka, pokazuje poziom Czarnego Stawu.

Wyprawa 48., suma km, które przeszłam – 795.

* oczywiście fasiągi docierają nieco poniżej Moka – do Polany Włosienicy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s