Wróciłam tak zmęczona z wyjazdu w Tatry, że nie byłam w stanie nic napisać.

Zasadniczo cały weekend spędziłam z Piotrem, który jest znajomym z grupy dla singli-turystów, byliśmy nawet wcześniej na jednym wyjeździe grupowym w Tatrach, ale wtedy nie zintergrowaliśmy się za bardzo 😉 Pozytywny chłopak, w wieku niewiele starszym niż W.2.0.

Uprzedzając ewentualne domysły 😉 – mam nowego kumpla 🙂

Ponieważ P. mieszka na Dolnym Śląsku (pół roku, bo drugie pół roku pracuje poza Polską), więc przyjechał do KRK w piątek po południu i nocował na mojej kanapie. Wcześniej wyskoczyliśmy na piwo z dziewczynami ze Stada, ale było to krótkie spotkanie – czekała nas pobudka przed 4. I tak, finalnie, spałam 3,5 h, co było grubym błędem. W sobotę wcześnie rano zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy na Podhale. Kiedy po 7 meldowalismy się na parkingu w Kirach, termometr wskazywał -16 stopni, a kiedy poszliśmy wyżej, było chyba nawet nieco chłodniej.

W planie mieliśmy wejście na Małołączniak, od Przysłopu Miętusiego.

Szybko okazało się, że chodzenie po takich górach, z nieustabilizowanym jeszcze ciśnieniem, to nie najlepszy pomysł. Na podejściach potwornie się męczyłam. Ledwo łapałam oddech, serce mi waliło. Do 1400 m.n.p.m. jeszcze jakoś dawałam radę, ale im było wyżej, tym było gorzej. W pewnym momencie zaczęło mi się robić słabo – nawet na wypłaszczeniach szło mi się bardzo trudno. Gdzieś koło 1500, kiedy do szczytu brakowało jeszcze ponad 500 m i to najtrudniejszych, zakomunikowałam P., że ja zawracam i schodzę. I że mogę schodzić sama, jeżeli on czuje się na siłach iść sam dalej. Rozdzieliliśmy się, ale nie uszedł daleko – zawrócił jakieś 200 metrów wyżej, kiedy zaczęły się łańcuchy – uznał też, że jest tak niewyspany, że nie powinien iść dalej.

W górach było bajkowo.

Wróciliśmy do auta, po przejściu 13-14 km, jedząc po drodze zupę w knajpie i pojechaliśmy do hostelu, gdzie mieliśmy pokój. Była bardzo wczesna pora – bo ze względu na wczesny zmierzch, planowaliśmy zejście na ok. 16, a przez zawrócenie, zeszliśmy 3 h wcześniej. Ale byliśmy tak padnięci, że po dotarciu na miejsce, padliśmy do łóżek i przespaliśmy 2 h.

W niedzielę dołączyliśmy do ekipy ze Stada, która przyjechała na 1 dzień z planem wycieczki na 19 km z wejściem na Gęsią Szyję. Sprawdziłam wcześniej, że Gęsia Szyja mieści się w dopuszczalnym zakresie 1.500 metrów 😉 ). Było pięknie – zdecydowanie cieplej (o jakieś 10 stopni), słonecznie. Były cudowne widoki, bo z Gęsiej Szyi i okolic widać Tatry Wysokie. P.świetnie się odnalazł w towarzystwie, nawet planuje dołączenie do nas w styczniu, na imprezie weekendowej.

Ale, nie ma się co oszukiwać – formą wyraźnie odstawałam od reszty 😦 Znowu miałam problemy ze złapaniem oddechu, bolała mnie głowa itd. Za to kiedy zeszliśmy niżej i schodziliśmy na parking, wstąpiło we mnie drugie życie i na ostatnich kilku kilometrach zasuwałam na równi z najszybszymi.

Potem jeszcze był powrót samochodem i nie jestem pewna co zmęczyło mnie bardziej – te 19 km po śniegu czy 2 h jazdy po zmroku.

Kładłam się spać złomotana, ze świadomością, że Tatry to, póki co, wyzwanie ponad moje siły. Poza jednym – ponieważ nigdy wcześniej nie byłam nad Morskim Okiem, mam zamiar, w najbliższym czasie, w zimowej scenerii, wybrać się właśnie tam, na jednodniową, niespieszną „wyprawę” – drogą 😀 Dla widoków.

Wyprawy 42.i 43., suma km które przeszłam – 714

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tatry, serce, serce w Tatrach…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s