Buszując kiedyś w sieci, trafiłam na informację o Kolibie na Łapsowej – że przyjemne miejsce i że piękny z niej widok na panoramę Tatr. Wtedy miałam akurat skonkretyzowane plany wyjazdowe na najbliższą przyszłość, ale roztropnie wrzuciłam trasę na listę w aplikacji do planowania tras.

Wczoraj pomyślałam, że to dobry moment, żeby sobie o niej przypomnieć. Kiedy trochę pogrzebałam przy tej trasie, wyszedł z tego spokojny spacerek na 12 km (ostatecznie przeszłyśmy z Kinią 14,5) i na 4 h marszu. Na dodatek profil trasy dawał nadzieję, że nie umrę na szlaku 😉 Zakładałam tylko, że nie będzie warunków do podziwiania Tatr, bo wg prognoz, zachmurzenie miało być pełne.

Ale Matka Natura sprawiła nam niespodziankę. Wyjechałyśmy z Krakowa o 7., bo Kini zależało na wczesnym powrocie do miasta. Po drodze podziwiałyśmy piękny wschód słońca, bo chmury co prawda były, ale miejscami pojawiał się nawet błękit. A kiedy dotarłyśmy na polanę przy schronisku, miałyśmy spektakularny widok. Chmury nad Zakopanem, chmury ponad Tatrami, a pomiędzy nimi – ośnieżone szczyty, podświetlone słońcem. Bajka!

 

Wygląda na to, że z tygodnia na tydzień coraz bliżej jestem Tatr. Prawidłowo, bo w następny weekend powinnam być już wśród nich. Teoretycznie jestem umówiona na wyjazd ze znajomym z grupy singlowej, ale może się zdarzyć, że do tego spotkania nie dojdzie, a wówczas po prostu jadę, choćby sama. Wiem, że w tej chwili samotny wyjazd w Tatry może nie być najlepszym pomysłem, dlatego postaram się o jakieś inne towarzystwo i nie będę się pchała w trudny teren – raczej postawię na dolinki.

Tam się wybieram 😉

 

Koliba okazała się rzeczywiście bardzo przyjemnym miejscem. Funkcjonuje od niedawna, jako prywatne schronisko, jest klimatyczna, ma dobrą kuchnię, ze sporą liczbą dań vege (to zaczyna być dla mnie istotne…). Na dodatek dziś rezydowały tam dwa przyjazne psiaki – oto jeden z nich – Nuta.

 

Sama wędrówka była przyjemna, spokojna. Szlaki – pustawe. I miejscami – błotniste i śliskie. Przekonała się o tym Kinia, której w pewnym momencie nogi pojechały i padła na drogę (co widać na jej łydce 😉 )

Jak bardzo było błotniście, widać na jednym ze zdjęć:

Ciekawe jest to, jak to zdjęcie powstało. Na obrazku są nasze nogi i błotnista droga – pod nami i za nami. Żeby jednak móc tak to wykadrować, żeby była długa perspektywa, musiałyśmy dokonać pewnej ekwilibrystyki. Bo, oczywiście, nie miałam żadnego selfiesticka. Mam dwa, ale po co je w ogóle wynosić z domu, nie? Mam też mały statyw, ale również go nie zabieram 😀

Kiedy próbowałam zrobić to zdjęcie po prostu, z ręki, to wychodziła zła perspektywa – nie było widać za bardzo tego co za nami albo nogi były ogromne i przysłaniały prawie cały kadr. Zatem fotka była zrobiona w głębokim skłonie, z jednoczesnym maksymalnym wyciągnięciem ręki w przód. A ponieważ w takim skłonie nie mogłam nacisnąć guzika migawki, to taki sam skłon musiała zrobić Kinia i to ona robiła fotkę. A żeby żadna z nas nie poleciała na twarz, w to błoto, każda z nas, drugą ręką, opierała się na kijku trekingowym.  Przyznajcie, absolutnie nie widać, że kiedy powstawała fotka, stałyśmy z tyłkami wypiętymi w przestrzeń? 😀

Kiedy zeszłyśmy do samochodu i zdążyłyśmy się do niego zapakować, nasze okno pogodowe zamknęło się ostatecznie i zaczął padać intensywny deszcz. W tych smutnych okolicznościach przyrody jechałyśmy do samego Krakowa.

Wycieczka 41. , suma km które przeszłam – 681

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s