Spontan

Po półtora miesiąca od rozpoczęcia rozmowy wirtualnej i trzech zwrotach akcji, dziś, zupełnie niespodziewanie i spontanicznie, spotkaliśmy się z Człowiekiem Nielubiącym Tatuaży.

I okazało się, że jest między nami sporo pozytywnej energii…

Reklamy

Ja to mam fuksa

Dziś mam dzień wyjazdowy – reklamacje na Śląsku.

Pierwsza – w Mysłowicach. Do celu, z domu, mam, normalnie, około godziny. Miałam zamiar wyjeżdżać na 80 minut przed spotkaniem. Gdy byłam w drzwiach i odpaliłam nawigację, okazało się, że na autostradzie korek i jestem już sporo spóźniona. Zanim zdążyłam się zmartwić, przyszedł SMS od klientki, że chce spotkanie przesunąć o godzinę 🙂

Dziecko szczęścia 🙂

Leskowiec

Schronisko na Leskowcu było jednym z pierwszych celów wędrówek z BGP, w marcu tego roku – qrka, jak to dawno było! Ale szliśmy wtedy krótszą trasą – bo raczej robiliśmy takie do 10 km, a nie – 17 😉 I nie wchodziliśmy na szczyt – utknęliśmy przy schronie, bo BGP nie chciało się iść dalej.

 

Tym razem wybrałam się z dwoma dziewczynami ze Stada. Szłyśmy od Świnnej Poręby, w której jest sztuczny zbiornik. Pogoda początkowo była taka, jak zapowiadano w prognozach – czyli dość marna. Ale i tak nie narzekałam – wszystko jest lepsze niż syf w Krakowie. A poza tym, kiedy jechałyśmy, na zmianę padało intensywnie i kropiło. Na szczęście gdy startowałyśmy na szlak deszcz właśnie się skończył, a potem było już tylko lepiej. Chwilami nawet świeciło słońce 🙂

Trasa nie jest wymagająca, więc był to po prostu miły spacerek, w świetnym towarzystwie, z obiadem w schronisku.

Widoki nie były spektakularne, ale dobre i to 🙂

Najpiękniejszy był widok na jezioro, w jednym miejscu – piękna gra kolorów 🙂

A kiedy wracałyśmy do Krakowa, na niebie trwał niesamowity spektakl 🙂

Wyprawa 44., suma km, które przeszłam – 731.

He…

Wspominałam kiedyś, że zaczepia mnie, wirtualnie, kolega Młodego.

Właśnie mu się przypomniałam.

Tym sposobem rozrzut między najstarszym mężczyzną (J.) , który cyklicznie przypomina mi, że chciałby iść ze mną do łóżka, a najmłodszym, wynosi 38 lat. Dwa pokolenia… Jeden mógłby być dziadkiem drugiego…

Po drodze jest jeszcze znalazłby się jeszcze jakiś trzydziestoparolatek…

Czasami przechodzi mi przez głowę, że w tej sytuacji muszę być masakrycznie posrana, skoro od 5 lat właściwie cały czas jestem singielka a w tym roku niemal nie chodzę do łóżka…

Wieści z frontu walki

Zrobiłam badania, byłam u lekarza.

Z badań wychodzi, że jestem zdrowa jak koń 🙂 na kilkadziesiąt sprawdzonych parametrów, ani jeden nie wykracza poza normę.

Czyli – jedynym źródłem może być stres.

Mój organizm bardzo dobrze odpowiedział na niewielką dawkę leku. Nawet bardziej, niż bardzo dobrze – powinnam mieć ją zmniejszoną, bo ciśnienie spadło mi do poziomu 105/70. Ale ponieważ równocześnie utrzymuje mi się wysokie tętno, to będę teraz próbować z innym lekiem.

Doktor powiedział, że jak dobrze pójdzie i uda mi się wyeliminować stres lub uodpornic się na niego, to będę miała szansę na rezygnację w przyszłości z tabletek.

A tak poza tym, mam targać po górach, nie przejmować się, nadciśnienie nie jest żadną przeszkodą do tego, by być aktywną 🙂 wręcz przeciwnie – muszę być aktywną, bo mam nadciśnienie.

Cóż robić – muszę łazić 😉

Ała!

Po 3 miesiącach kopania powietrza, wczoraj pierwszy raz na kursie miałam okazję kopać w tarczę treningową, trzymaną przez człowieka.

I to jest gigantyczna różnica – dla mojego ciała, dla mięśni.

Czuję to dziś wyraźnie 😀

Hłe hłe hłe

Czasami przychodzi mi do głowy, że być może jestem atrakcyjna, ale żeby aż tak… 😉

Profil „wdowca z Ameryki” – pisałam już chyba kiedyś, że jest jakiś wysyp takich.

Na wszelki wypadek wrzuciłam na czarną listę 🙂

Nie mogę się uwolnić od Cyfrowego Polsatu…

Nie jestem pewna, czy to czego doświadczam ze strony Cyfrowego Polsatu wynika ze zwykłego burdelu czy to bezczelna próba wyłudzenia.

Opowiem Wam historię.

Miałam podpisane umowy z CP – ne telewizję cyfrową i internet. Latem, zgodnie z warunkami umowy – wypowiedziałam je. Kiedy nastąpił koniec, dostałam kilka SMSów od CP, z informacją, że do 17. września mam oddać im sprzęt.

Przy okazji – to ciekawe, że SMSy przychodziły wyłącznie między godziną 4. a 5. rano. Również – w dzień wolny od pracy. Ciekawa pora na komunikację z klientem, nie? 😉 Szczególnie zabawne było to, że 2 SMSy przyszły już po tym, jak oddałam graty.

26. sierpnia wybrałam się do punktu CP, oddałam dekoder i modem, pracownik je przyjął bez zastrzeżeń, wydał stosowne pokwitowania.

Myślałam, że to koniec moich kontaktów z Cyfrowym Polsatem.

Jakiś miesiąc później dostałam SMS z informacją, że jestem dłużna CP niemal 700 PLN (bez kilku złotych).

Zadzwoniłam na infolinię, tam człowiek poklikał w klawiaturę i poinformował mnie, że to kara za nieoddanie sprzętu.

– To się świetnie składa, bo nie tylko oddałam, ale nawet mam potwierdzenie tego – stwierdziłam radośnie

Człowiek poklikał jeszcze raz i stwierdził, że to jednak kara za oddanie po terminie.

– Jakie po terminie? Przecież oddałam wcześniej, niż wynikało to z terminu w SMSie.

Człowiek stwierdził, że on nie wie, jaki termin był w SMSie. On widzi, że termin był 22. sierpnia, a ja oddałam 26.

Usiadłam do papierów, pogrzebałam i odkryłam, że być może w przypadku modemu termin mijał 22. – tak wynikałoby z umowy. Ale z jakiegoś powodu w SMSach od CP pojawiała się tylko data 17.09.

Ale odkryłam też, że jak wynika z regulaminu, kara za brak zwrotu w terminie mogłaby wynosić maksymalnie tyle, ile cena nowego modemu. Tymczasem nowy modem kosztuje, wg cennika CP 500 PLN, a mnie obciążano, nie wiadomo dlaczego, kwotą 700 PLN.

Usiadłam, napisałam pismo, w którym wypunktowałam to:

– oddałam sprzęt przed datą wysyłaną SMSami;

– próbują mnie obciążyć karą wyższą o 40% od tego, co wynika z regulaminu;

– kara w wysokości 700 PLN za opóźnienie liczące 4 dni w oddaniu sprzętu, który nowy kosztowałby 500 PLN, a był używany kilka lat, jest rażąco nieadekwatna;

Następnego dnia po przesłaniu pisma, dostałam odpowiedź, że przychylają się do mojej prośby i anulują mi karę. Nie było tam słowa wyjaśnienia albo „przepraszam”, tylko info o tym, że kara zostaje anulowana.

Myślałam, że to koniec moich kontaktów z Cyfrowym Polsatem.

Minęły 2 miesiące. Przed weekendem wyciągnęłam ze skrzynki pismo, w którym CP wzywa mnie do uregulowania niemal 700 PLN, pod groźbą m.in. wpisania do Krajowego Rejestru Dłużników. Pozbierałam wczoraj do kupy – moje stare pismo, ich mail z info, że anulują i przesłałam ponownie do biura obsługi CP. Bez jakiejkolwiek reakcji. A, nie, wróć! Była reakcja – wysłali mi SMS z wezwaniem do zapłaty i groźbą wszczęcia windykacji.

I tak zastanawiam się – czy ten standard obsługi klientów wynika z burdelu czy po prostu liczą, że za którymś razem się uda i ktoś, dla świętego spokoju, wpłaci im kasę?

Sami swoi

Mam grubszą reklamację, w której znam niemal wszystkie ogniwa.

Produkt został wytworzony przez firmę należącą do ludzi, dla których pracowałam naście lat temu, na Śląsku.

Jego dystrybutorem, który nam go sprzedał, jest były dyrektor jednej z polskich fabryk, z którym w tamtym czasie spotkałam się na kilku imprezach.

No i jest jeszcze w tym firma, dla której pracuję obecnie, która odpowiada przed klientem.

Tylko z klientem nie mam żadnych powiązań….

Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie to, że to roszczenie reklamacyjne na jakieś 1/3 miliona, lekko licząc…

Tatry, serce, serce w Tatrach…

Wróciłam tak zmęczona z wyjazdu w Tatry, że nie byłam w stanie nic napisać.

Zasadniczo cały weekend spędziłam z Piotrem, który jest znajomym z grupy dla singli-turystów, byliśmy nawet wcześniej na jednym wyjeździe grupowym w Tatrach, ale wtedy nie zintergrowaliśmy się za bardzo 😉 Pozytywny chłopak, w wieku niewiele starszym niż W.2.0.

Uprzedzając ewentualne domysły 😉 – mam nowego kumpla 🙂

Ponieważ P. mieszka na Dolnym Śląsku (pół roku, bo drugie pół roku pracuje poza Polską), więc przyjechał do KRK w piątek po południu i nocował na mojej kanapie. Wcześniej wyskoczyliśmy na piwo z dziewczynami ze Stada, ale było to krótkie spotkanie – czekała nas pobudka przed 4. I tak, finalnie, spałam 3,5 h, co było grubym błędem. W sobotę wcześnie rano zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy na Podhale. Kiedy po 7 meldowalismy się na parkingu w Kirach, termometr wskazywał -16 stopni, a kiedy poszliśmy wyżej, było chyba nawet nieco chłodniej.

W planie mieliśmy wejście na Małołączniak, od Przysłopu Miętusiego.

Szybko okazało się, że chodzenie po takich górach, z nieustabilizowanym jeszcze ciśnieniem, to nie najlepszy pomysł. Na podejściach potwornie się męczyłam. Ledwo łapałam oddech, serce mi waliło. Do 1400 m.n.p.m. jeszcze jakoś dawałam radę, ale im było wyżej, tym było gorzej. W pewnym momencie zaczęło mi się robić słabo – nawet na wypłaszczeniach szło mi się bardzo trudno. Gdzieś koło 1500, kiedy do szczytu brakowało jeszcze ponad 500 m i to najtrudniejszych, zakomunikowałam P., że ja zawracam i schodzę. I że mogę schodzić sama, jeżeli on czuje się na siłach iść sam dalej. Rozdzieliliśmy się, ale nie uszedł daleko – zawrócił jakieś 200 metrów wyżej, kiedy zaczęły się łańcuchy – uznał też, że jest tak niewyspany, że nie powinien iść dalej.

W górach było bajkowo.

Wróciliśmy do auta, po przejściu 13-14 km, jedząc po drodze zupę w knajpie i pojechaliśmy do hostelu, gdzie mieliśmy pokój. Była bardzo wczesna pora – bo ze względu na wczesny zmierzch, planowaliśmy zejście na ok. 16, a przez zawrócenie, zeszliśmy 3 h wcześniej. Ale byliśmy tak padnięci, że po dotarciu na miejsce, padliśmy do łóżek i przespaliśmy 2 h.

W niedzielę dołączyliśmy do ekipy ze Stada, która przyjechała na 1 dzień z planem wycieczki na 19 km z wejściem na Gęsią Szyję. Sprawdziłam wcześniej, że Gęsia Szyja mieści się w dopuszczalnym zakresie 1.500 metrów 😉 ). Było pięknie – zdecydowanie cieplej (o jakieś 10 stopni), słonecznie. Były cudowne widoki, bo z Gęsiej Szyi i okolic widać Tatry Wysokie. P.świetnie się odnalazł w towarzystwie, nawet planuje dołączenie do nas w styczniu, na imprezie weekendowej.

Ale, nie ma się co oszukiwać – formą wyraźnie odstawałam od reszty 😦 Znowu miałam problemy ze złapaniem oddechu, bolała mnie głowa itd. Za to kiedy zeszliśmy niżej i schodziliśmy na parking, wstąpiło we mnie drugie życie i na ostatnich kilku kilometrach zasuwałam na równi z najszybszymi.

Potem jeszcze był powrót samochodem i nie jestem pewna co zmęczyło mnie bardziej – te 19 km po śniegu czy 2 h jazdy po zmroku.

Kładłam się spać złomotana, ze świadomością, że Tatry to, póki co, wyzwanie ponad moje siły. Poza jednym – ponieważ nigdy wcześniej nie byłam nad Morskim Okiem, mam zamiar, w najbliższym czasie, w zimowej scenerii, wybrać się właśnie tam, na jednodniową, niespieszną „wyprawę” – drogą 😀 Dla widoków.

Wyprawy 42.i 43., suma km które przeszłam – 714