Czas wrócić do rzeczywistości

Praca z domu ma dla mnie liczne zalety. Poczynając od tego, że wstając na chwilę od komputera mogę się przytulić do MMŻ albo popatrzeć na piękne widoki, poprzez oszczędność 1,5 h każdego dnia, na dojazdach, aż po ograniczenie telefonów i innego zawracania mi głowy.

Pracując z domu byłam wyspana i produktywna.

Ale przyszedł czas, kiedy muszę wrócić do biura. Już jutro.

Wracam do innego, niż to, z którego wyniosłam mój komputer na początku października. To będzie moja piąta przeprowadzka w tej firmie. A pracuję w niej 4 lata 😀

Byłabym załamana tym, że muszę wrócić z homeoffice, gdyby nie fakt, że jest to część większych zmian, które, mam nadzieję, poprawią mój podły 😉 zawodowy los.

Niebieski to przecież bardzo przyjemny kolor

Miałam dziś bardzo dobry dzień.

Młody zdawał pierwszy egzamin, na tym kierunku, na dodatek – w terminie zerowym. I zdał na cztery z plusem, z szansą na zmianę na piątkę (jak streści jeden tekst na zajęcia)

Mnie udało się nie tylko zjechać z góry i wjechać na nią bez większych przygód, ale nawet, choć nie bez problemów, wjechać na podjazd i zaparkować pod domem.

Na dodatek wyszło słońce i nasze górki wyglądały bajkowo.

I przyszedł mój prezent urodzinowy, czyli nowe raczki.

A potem, dzięki fejsbukowi dowiedziałam sie, że dziś jest Blue Monday – najsmutniejszy dzień w roku. No, jak ten jest najsmutniejszy, to ja czekam na następne 😉

Jestem kosmetycznym wieśniakiem ;)

Od niedawna robię cykliczne zakupy w aptece internetowej. Zapas leków na alergię, indyjskiego odpowiednika żeń-szenia, witaminy D3 itp przychodzi kurierem, w cenie dużo lepszej niż cena z apteki stacjonarnej.

Kiedy składałam aktualne zamówienie, które dziś przyszło, brakowało mi paru złotych do damowej wysyłki. Zawędrowałam do zakładki z promocjami i trafiłam na kosmetyki z krótkim terminem. Kupiłam np. krem na mroźne wypady w góry, za 2 pln oraz 8 ml jakiegoś podobno-super-hiper-kremu pod oczy. Przy tym drugim kosmetyku, zaskoczyło mnie, że ma on, w promocji, cenę kilkunastu złotych. Googlnęłam szybko i zorientowałam się, że regularna cena to ponad stówa i że ma rewelacyjne recenzje. „To se kupię” – pomyślałam i tak też zrobiłam.

Dziś trafił w moje ręce i natychmiast postanowiłam go sprawdzić. Szczególnie, że efekt, jaki zapowiadało opakowanie, też miał być natychmiastowy. Poszłam do łazienki, wydłubałam z eleganckiego opakowania malutką tubeczkę (8 ml, bądź co bądź), odkręciłam, wycisnęłam, posmarowałam pod oczami….

Szybko okazało się, że zmarszczki pod oczami mam gorsze niż bez tego kremu i ogólnie odczuwam tam pewien dyskomfort, jakby suchość.

Przyjrzałam się tubce i opakowaniu, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie wysłano mi czegoś innego, przez pomyłkę. Nie takiego efektu spodziewałam się po kremie w cenie regularnej ponad 13 tysięcy PLN za litr 😉

Pomyłki nie było, ale kiedy tak oglądałam, to co miałam w rękach, zorientowałam się, że do kremu jest dostępna instrukcja użycia. Licząca kilka punktów. Umyj skórę, posmaruj normalnym kremem, ale nie na bazie oleju, poczekaj aż się całkiem wchłonie, wyciśnij porcję kremu, wielkości ziarenka ryżu, rozgrzej w palcach, nanieś delikatnymi ruchami pod oczy, wklepując od wewnętrznego kącika do zewnętrznego, poczekaj, nie ruszając mięśniami twarzy, aż krem całkiem wyschnie…

Nie jest dla mnie niczym nowym, że kosmetologia nie jest moją pasją, ale nawet ja nie sądziłam, że jestem aż tak bardzo opóźniona w rozwoju. Jestem kosmetycznym wieśniakiem (co w sumie pasuje, bo pochodzę ze wsi i mieszkam aktualnie na peryferiach wsi). Nie sądziłam nawet, że są kremy o tak zaawansowanej instrukcji obsługi.

Póki co efekt zmyłam. Spróbuję jeszcze raz, jutro, już zgodnie z zaleceniami 😉

Miłosierdzie MMŻ

Zimowe warunki są niełatwe dla okolicznych kotów.

Wczoraj zauważyłam Elegancika, jak siedział w załomie muru, tuż obok drzwi tarasowych, na wycieraczce. To miejsce dość zaciszne i bez śniegu. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się przez szybę, natychmiast uciekł.

Otworzyłam drzwi i próbowałam wołać go, łagodnym głosem, ale ewakuował się w zawrotnym tempie.

– Szkoda – stwierdził MMŻ – że nie zawrą z nami i naszymi kotami paktu o nieagresji.

– Mogłyby wtedy sypiać w psiej budzie – dodałam

– Mogłyby wtedy zamieszkać u nas w domu – sprostował MMŻ.

– Ale pamiętasz, że kręcących się koło naszego domu kocurów jest obecnie 4? Elegancik, Czarny, Rudzielec i ten nowy, buro-biały? To oznaczałoby 9 kotów w domu. Nie za dużo?

– Nie…

Po sąsiedzku

Mieliśmy plan, by wyskoczyć gdzie indziej, ale straszono w mediach zasypanymi drogami i zasypanymi szlakami, więc postanowiliśmy zaprosić ekipę (Domi, Mili i Marcina) do nas i wybrać się na „spacer w koło komina”. Plan był nieco ambitniejszy, chcieliśmy odwiedzić Syberię 😉 ale warunki nie były łatwe, więc ostatecznie poszliśmy przez Trupielec i Ostrysz na Glichowiec i z powrotem. Mróz był niemal -10., czasami nawet było widać błękitne niebo, ale ogólnie było to wyjście z gatunku „trzeba się gdzieś przejść” 😉 bez wodotrysków.

Po drodze rozmawialiśmy o wczorajszej akcji na Babiej, gdzie ratownicy musieli ewakuować babeczkę, która chciała zdobyć szczyt metodą Wima Hofa. Czyli w bieliźnie i butach. 

Trudno mnie nazwać kanapowcem, różne rzeczy zdarza mi się robić w górach. Wchodziłam na wschód słońca na Babiej, w lutym, spałam na tym szczycie w lipcu, sypiałam w innych miejscach, robiłam trasę ponad 30 km w podobnych warunkach jak były wczoraj. Przedreptałam, w zimowych warunkach, setki kilometrów. I w pale mi się nie mieści, że można iść na Babią Górę, zimą, w staniku i gaciach i nie zabrać ze sobą do plecaka ciepłych ubrań i ciepłego napoju. Zastanawiam się czy delikwentka miała jakiekolwiek wcześniejsze doświadczenie w tak ekstremalnej turystyce górskiej czy to był pierwszy raz, kiedy postanowiła się rozebrać i pójść w góry. Trudno mi uwierzyć, że miała duże doświadczenie, bo poszła na górę szczególną i w warunkach, które nawet dla ubranych turystów nie są łatwe. 

Żal mi jej, bo zapłaciła bardzo wysoką cenę za ten pomysł. 

I nadal jestem zdania, że akcje ratunkowe w górach nie powinny być odpłatne, dla ratowanych. 

Wyprawa 138. suma km, które przeszłam – 2041.

 

Złamałam swoją zasadę

W przeszłości zdarzało mi się, że kojarzyłam znajomych pracodawców ze znajomymi pracobiorcami.

Niemalże 4 lata temu przekonałam się, że to może przynieść więcej szkody niż pożytku. Bo zdarzało się, że jedna lub druga strona zachowała się niepoważnie i smród plątał się koło mnie.

Dlatego postanowiłam już tego nie robić. Nie będę pośredniczyła w żadnej rekrutacji.

Ostatnie miesiące jednak tak mnie wymęczyły, że postanowiłam odwiesić tę zasadę na kołek. Przynajmniej jednorazowo.

Tym sposobem, od lutego do naszego działu reklamacji dołącza Domi.

Raczki codzienne i raczki wyjściowe

Kiedy 3 lata temu wróciłam do chodzenia po górach, przeżyłam szok technologiczny 😉 W ciągu tych niemal 20 lat, kiedy w górach nie bywałam prawie wcale, pojawiło się wyposażenie, które znacznie przekraczało znany mi standard – czyli trapery/pionierki+dżinsy+koszula flanelowa. Jednym z elementów tego wyposażenia są raczki turystyczne. To genialny wynalazek. Lżejszy i mniej poważny brat raków wysokogórskich. 

Raczki składają się z silikonowej, elastycznej opaski, którą naciąga się na but oraz przyczepionej do niej konstrukcji składającej się z łańcuchów i blaszek z ząbkami, która to trafia pod podeszwę. I tym sposobem nasze buty stają się antypoślizgowe, nawet na oblodzonej powierzchni. Ząbki wbijają się w lód z charakterystycznym chrzęstem. Uwielbiam ten dźwięk, bo uwielbiam raczki. Podobnie, jak odzież termo i funkcyjną, wygodne plecaki z siatką dystansową, kije trekkingowe, kominy zwane buffami i wszystko inne, co ułatwia i uprzyjemnia mi górskie wędrówki. 

Moje pierwsze raczki, które odkupiłam niemal nowe od koleżanki z firmy – Aśki – służyły mi dzielnie przez pełne 3 sezony zimowe. Podczas wyjścia w Pieniny, 2 tygodnie temu, silikon pękł w jednym miejscu, co naruszyło solidność całej konstrukcji. „Trytytka” rozwiązała doraźnie problem, ale było już wiadomo, że czas na nowe. 

MMŻ bardzo się ucieszył, bo to z kolei rozwiązało mu problem prezentu dla mnie, z okazji urodzin 😉

Czekamy właśnie – nowe mają przyjść lada dzień. Ale dla starych znalazłam już zastosowanie. 

Będę mieć teraz raczki wyjściowe i raczki codzienne. 

Albo, jak rechoczemy z MMŻ – raczki do kościoła i raczki koło domu.

Z tym „koło domu” to akurat prawda. Po tym, jak wczoraj wywinęłam dwa razy orła, podczas odśnieżania podjazdu, natychmiast sięgnęłam po raczki. Dziś nie czekałam już na orły – zaczęłam z ułatwieniem. 

Bo ten wynalazek, pomyślany o trekkingu górskim, doskonale przydaje się, gdy trzeba pokonać pieszo stromy i nieco oblodzony podjazd pod domem albo gdy ten podjazd trzeba odśnieżyć 😀

A ponieważ ja odśnieżanie traktuję jako formę aktywności fizycznej, a na dodatek – wygląda na to, że w przyszłym tygodniu będę wracać do pracy w biurze, raczki mogą stać się codziennym elementem mojego wyposażenia 😉

I tylko myślę sobie, że gdyby mi ktoś powiedział rok temu, że będę mieć raczki codzienne, do odśnieżania podjazdu, to bym chyba jednak nie uwierzyła 😀 Ja rok temu nawet nie musiałam auta odśnieżać, bo stało w parkingu podziemnym 😀

 

Pancernik Potiomkin

Po pierwsze – zima na wsi w górach to coś zupełnie innego niż zima w mieście – teraz już jestem tego pewna 😉

Po drugie – naprawdę cieszę się, że na swój pierwszy prywatny samochód wybrałam Dacię Duster. Cóż to za pancerne auto!

Tydzień temu, we wtorek, obserwowaliśmy pojawianie się śladów na śniegu koło domu, dlatego podjazd przez większość dnia był nieodśnieżany. Próbując wjechać na ten nieodśnieżany podjazd, straciłam przyczepność, zsunęłam się nieco w dół i zaparkowałam na słupku od bramy. Kiedy zostałam wyciągnięta na górę, na parking, przy pomocy Dustera MMŻ (ma napęd 4×4, a ja – nie), okazało się, że ślad po słupku jest tak delikatny, że trzeba naprawdę dobrze się przyglądać i wiedzieć, gdzie go szukać, by go zauważyć.

Dziś miałam kolejny dzień zimowych zmagań drogowych. 

Rano wyjeżdżałam do Krakowa. Sypiący od wczoraj śnieg zasypał całkowicie podjazd. Byłoby rozsądnie, gdybym go sobie odśnieżyła (MMŻ choruje od poniedziałku, więc nie miałam serca go gonić), ale uznałam, że po prostu zjadę spokojnie i powoli do drogi, a wracając z firmy, nie będę podjeżdżała na parking, tylko zostawię auto przed bramą. 

Plan był świetny. Gorzej z realizacją. 

Pokonałam pół podjazdu, dotarłam do części bardziej stromej i nagle poczułam, że sunę, jak na sankach. Koła straciły przyczepność i auto jechało, nie reagując na nic – ani na hamulec, ani na ruchy kierownicą. 

Byłoby to może zabawne, gdyby nie fakt, że przede mną, tuż po drugiej stronie drogi była kupa płyt i kostki z wymiany naszego podjazdu. Patrzyłam, jak zbliżam się do niej nieuchronnie. I wkurzałam się, że przykasuję samochód w betonową kupę, którą rzucono właśnie w tym miejscu. Kiedy już na niej zaparkowałam, natychmiast przestałam się na nią wkurzać i zaczęłam ją błogosławić. Bo dotarło do mnie, że gdyby nie te betonowe śmieci, przejechałabym przez wąski kawałek trawy za drogą i bez wątpienia zjechałabym do głębokiego jaru, takiego na kilka dobrych metrów, którego strome zbocze zaczyna się metr za krawędzią drogi. Betonowa hałda uratowała mnie przed poważnym wypadkiem. 

A uderzenie w nią spowodowało tylko drobne zarysowania na zderzaku, pęknięcie ramki przy rejestracji i zgubienie zaślepki ze zderzaka – ją pewno znajdę wiosną 😉 Doprawdy, pancerny samochód 😉

To nie był koniec moich zimowych perypetii. 

Kiedy wracałam z Krakowa, w połowie drogi między główną szosą biegnącą przez wieś a domem, okazało się, że droga jest na tyle mało odśnieżona i na tyle mocno nachylona, że nie jestem w stanie wyjechać pod górę. Próbowałam zostawić auto u sąsiadów, kilka domów niżej, ale nie było nikogo na miejscu, a nie chciałam obcym ludziom, bez pytania, zostawiać auta na podwórku. Nie znamy się. 

Nie pozostało mi nic innego, jak zjechać do centrum wsi i zostawić samochód pod remizą. Mój plan zakładał, że zadzwonię do MMŻ i on przyjedzie mnie zabrać do domu. Ale, choć dzwoniłam do niego kilkakrotnie – nie odbierał. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć na piechotę. Półtora kilometra, przez śnieg, częściowo pod górę (80 m, na 500 metrach trasy, więc nachylenie nie jest małe), pokonałam zaskakująco sprawnie – zajęło mi to jakieś 15 minut. Jednak zaprawa górska na coś się przydaje. Kiedy już docierałam do domu, okazało się, że MMŻ wylazł z domu, bez komórki, żeby odśnieżyć mi podjazd….