Oczko się temu misiu…

Mam wrażenie, że właśnie mi się skończył termin przydatności do spożycia – co chwilę dotykają mnie jakieś upierdliwości zdrowotne.

Po weekendzie, okazało się, że w lewym oku pojawiły mi się nowe „męty”. Od dawna miałam jakieś drobne „paproszki”, które nie utrudniały mi widzenia, aż tu nagle pojawiło mi się coś jak półprzezroczysty płód, który zaczął mi trochę przeszkadzać. Na dodatek, kiedy wieczorem jechałam autem, przy każdym mrugnięciu lub ruchu gałki ocznej, w tym właśnie oku widziałam rozbłysk światła – jak błyskawica gdzieś w okolicach lewego ucha.

Czy się tym przejęłam? Oczywiście, że nie. My, stoicy nie przejmujemy się takimi drobiazgami…

Po 48 h błyski zniknęły, płód w oku – został. Dziś rano zaciekawiło mnie czy może nie powinnam z tym iść do lekarza…

Zerknelam na taki jeden portal zdrowotny, a tam było napisane, że z mętami nie trzeba iść do lekarza, chyba, że towarzyszą im… błyski światła. Wtedy trzeba niezwłocznie iść do okulisty, bo to objaw bardzo groźny dla zdrowia.

Cóż było robić – poszłam.

Trafiłam na okulistkę, która bardzo się przejęła i nawet została po godzinach.

Pół godziny badań, w tym – kwadrans męczącego badania dna oka.

Sporo zmian zwyrodnieniowych, z których żadna nie tłumaczy błysków. Na 99% siatkówka cała, bez dziurki i nieodklejona. Ale muszę szybko (w zaleceniu – w ciągu 3 dni, ale zrobię sobie po weekendzie, żeby w razie czego nie psuć sobie wyjazdu) zrobić usg oczu. Za miesiąc – ponowne badanie dna oka – już umówiłam się do tej samej okulistki.

Gdyby błyski się powtórzyły, mam natychmiast jechać na sor okulistyczny.

I przez kilka tygodni mam nie nosić ciężkiego plecaka.

Bo, niewykluczone, że to efekt intensywnego wysiłku w górach…

P.s. Dzięki Traszce, która przypomniała mi, że badanie okulistyczne wiąże się z kroplami i rozszerzonymi źrenicami, uniknęłam problemu „jak wrócić autem na ślepo”.

Reklamy

Poszłam na rekord ;)

Dziś hurtowo wrzucałam na S. delikwentów na czarną listę. Trzech się załapało..

Jeden, bo w pierwszym dniu rozmowy, znienacka, wysłał mi zdjęcie penisa.

Drugi, bo choć zagadał normalnie, to w opisie miał wyszczególnioną listę „cech”, które dyskwalifikowały kobietę. Co to za „cechy”? Wózek inwalidzki, białaczka, cukrzyca, astma i kilkanaście innych chorób. Oraz nadwaga. Nadciśnienia nie było 😉 menopauzy też nie. Ale uznałam, że z takim burakiem nie chcę mieć nic do czynienia – o czym go poinformowałam, a potem – zablokowałam 😀

Trzeci, bo zaproponował, że jeżeli się dziś spotkamy, pierwszy raz, to będziemy się mogli „trochę poprzytulać”. A kiedy stwierdziłam, że nie przytulam się do nikogo na pierwszym spotkaniu*, zaczął rzucać hasłami, że nie mam się o co denerwować i że już rozumie, dlaczego jestem sama.

* powinnam chyba dodać „w tym roku”, bo W. oraz W.2.0 są żywym zaprzeczeniem tej zasady 😉

Kochaj się samodzielnie! ;)

Wspominałam tutaj o pewnym buraczanym kliencie.

Kiedy wychodziłam dziś z pracy, wpadł mi do biura kolega z księgowości, z pocztą. W poczcie było przedsądowe wezwanie do zapłaty, wystosowane przez adwokata tego właśnie klienta.

Drobną różnicę w odcieniu płytek wycenił na 50% ich wartości 😀 takiej obniżki żąda

Miałam ochotę odpowiedzieć mu „pierdol się!”. Ale ponieważ nie mogę, to za pośrednictwem naszej pani prawnik odpowiem, że „stanowisko firmy pozostaje niezmienne” 😉

Do kolekcji

Ten „slajd”, o którym wspominam, wygląda tak:

Tak na marginesie, jakim trzeba być debilem, żeby uznać, że jak kompletnie obcy facet, w pierwszej wiadomości napisze, że jest zdrowy, to kobieta uwierzy, że tak jest?

Dzień wdzięczności

Skoro rok temu wyszłam pierwszy raz w góry, po przerwie*, to znaczy, że właśnie dobiega końca Dzień Wdzięczności dla BGP 🙂

To był bardzo intensywny rok 🙂 mimo zwichniętej kostki i nadciśnienia…

* by przejść jakieś 2 czy 3 km 😀

Nie tylko samce

Od pewnego czasu obserwuję, że mężczyźni, z którymi mam styczność, są jednostkami mało konkretnymi, a umawianie się z nimi wymaga kolosalnej cierpliwości. Odwoływanie spotkań przez W.2.0 mogłoby służyć za wzorzec odwoływania 😉 Ale i inni, choć mają na koncie mniej spektakularne wyniki, często dają się poznać z takiej, lekko irytującej strony.

A ostatnio dociera do mnie, że ta przypadłość nie dotyka tylko samców. Po prostu z takim zachowaniem samców mam częściej do czynienia, bo umawiam się z bardziej różnorodną ich grupą – wśród kobiet mam grono węższe, bardziej wypróbowane w bojach i bardziej… podobne do mnie.

A i tak w ten weekend spotkałam się z dwoma sytuacjami, które były szkołą cierpliwości dla mnie.

W schronisku mieliśmy pokój ośmioosobowy – bo taka ekipa, pierwotnie, miała iść na Wyrypę. Ostatecznie z tej grupy zostało nas trzy – ja, Kasia i Kinia. Pozostałe miejsca w pokoju trzeba było jakoś wypełnić, więc rozesłałam wici. I udało się znaleźć piątkę chętnych, wśród nich – moją imienniczkę. W piątek, jadąc w góry, od Kasi dowiedziałam się, że imienniczka się rozchorowała na grypę i nie jedzie. Tylko nie przyszło jej do głowy dać mi znać, że nie skorzysta z miejsca w pokoju i za nie nie zapłaci…

Z kolei na dziś byłam umówiona z Adusią, do kina.  To był jej pomysł – kiedy widziałyśmy się w czwartek, na półgodzinnej kawie, stwierdziła, że nie chce jechać w niedzielę, ze swoimi chłopakami (czyli niemal-mężem i synem) jechać na deskę, bo i tak nie jeździ i musi na nich czekać w barze. Zaproponowała więc, żebyśmy się wybrały we dwie, do kina.

Wiedziałam, że jadę w góry, ale uznałam, że mogę wrócić na tyle wcześnie, by mieć czas dla niej.

Dziś, gdy wyruszyłam w drogę do Krakowa, zadzwoniłam do niej, z informacją, kiedy będę i z prośbą, żeby wybrała jakiś seans i wysłała mi informację o wyborze, SMSem.

Dotarłam do domu o 14. – SMSa nie było. Koło 16. wysłałam do niej pytanie, na co idziemy.

Odpisała mi po jakimś czasie, że… jest na desce z chłopakami, ale wróci na seans o 18.50. Poprosiłam, żeby dała mi wcześniej znać, że dociera do Krakowa, żebym zdążyła się wybrać do kina.

Przed szóstą dostałam kolejną wiadomość – syn zaprosił ich na lody, po stoku, nie chce mu odmawiać….

Fajowo. Pomysł spotkania był jej. Z tego powodu najpierw, zamiast korzystać z pięknej pogody, wróciłam z gór o absurdalnie wczesnej porze, a potem – odrzuciłam zaproszenie na kawę od gościa, z którym rozmawiam na S. Wszystko po to, by a ostatnim momencie dowiedzieć się, ze Adusia zmieniła zdanie.

Mam wrażenie, że z moim ogarnięciem, słownością, punktualnością i konkretnością nie przystaję do współczesnego świata.

Co to? ;)

Kiedy wczoraj po dowleczeniu się do schroniska, w końcu wylądowałam pod prysznicem, było już popołudnie – wcześniej, tak jak stałam, padłam na łóżko i przespałam dwie godziny .

Rozbierając się przed prysznicem poczułam, że boli mnie w okolicy barku. Okazało się, że coś zrobiło mi się na obojczyku – jakieś zgrubienie na kości, w miejscu, w którym opierał się plecak.

Nie jest to na pewno złamanie, bo mogę podnosić rękę. Czy kość może spuchnąć? Czy coś mi na nią naciekło?

Biję się teraz z myślami – iść do ortopedy czy poczekać, co będzie dalej? 😉 Może wystarczy, jak dam temu obojczykowi odpocząć?

Myślę, że wiem, jak sobie to zrobiłam.

Normalnie, kiedy idę w góry, z ciężkim plecakiem, ciężar bardziej opieram na pasie biodrowym. Ale ostatnio, po Gorcach, bardzo bolał mnie kręgosłup w odcinku lędźwiowym, więc postanowiłam go odciążyć i ciężar rozłożyć bardziej na ramiona. Myślę, że tym sposobem zapracowałam na uraz 😦

 

Diablakowe plany

O Babiej, choć na niej nie byłam, słyszałam od dziecka. Bo jeździły tam wycieczki z mojej podstawówki – tzn. uczniowie najstarszych klas, w ramach klubu turystycznego. Było to przedstawiane jako wyzwanie. Tym chętniej wybierane, że schronisko na Markowych Szczawinach prowadziła córka poprzedniej dyr szkoły, wraz z mężem.

W opowieściach mojego brata i innych uczestników „wypraw” jawiły się one jako coś porównywalnego z wyprawami, jeżeli nie w Himalaje, to przynajmniej w Alpy.

Rok temu, bez jednego tygodnia, BGP „zabrał” mnie na Markowe Szczawiny, z Krowiarek. Kompletnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Miało być zimno (około – 15), a mnie się wydawało, że to będzie nie lada wyzwanie. Byłam potwornie przejęta, bo oto miałam znaleźć się w TAKIM miejscu, w cieniu Babiej, w TYM schronisku.

W rzeczywistości czekał mnie uroczy spacer, szeroko wydaptaną w śniegu ścieżką, o niewielkim przewyższeniu. Jedyne, co mogło mnie zaskoczyć to jego długość – mój przewodnik zapowiadał, że to będą 2 km w jedną stronę, bo mu się chyba jednostki miary pomyliły. 2 km, 2 h – co za różnica? Sam był potem zaskoczony…

Kiedy dotarłam do schroniska, pomyślałam sobie, że fajnie byłoby kiedyś wejść na szczyt.

W maju weszłam na szczyt i pomyślałam sobie, że fajnie byłoby kiedyś wejść percią akademików.

To zrobiłam w lipcu. I pomyślałam sobie, że fajnie byłoby wejść na szczyt zimą.

To zrobiłam niemal dokładnie w rok po pierwszym spotkaniu z BGP 🙂 przy okazji zaliczając wschód słońca na Diablaku.

Teraz myślę, że fajnie będzie wejść na zachód słońca, przenocować gdzieś na górze, a potem zobaczyć wschód.

Czyli mam plan na czerwiec-lipiec…

Dziś pogoda wyjątkowo dopisała.

No, to się narumakowałam…

Już wiem, że nie nadaje się do takich tras, a przynajmniej – nie tydzień po tygodniu.

Bardzo szybko okazało się, że mogę się przestać łudzić. Po zarwanej nocy (drzemka na ławce w sali jadalnej schronu, między pierwszą a 4.w nocy nie wyszła ;)) wydało się błyskawicznie, że organizm nie zregenerował mi się po Gorcach. Czułam się, jakbym miała grypę albo niewiarygodnego kaca (a nie piłam nic) – ledwo wlokłam nogi. Wyszło wszystko, co doskwieralo mi po poprzednim weekendzie – bolacy kręgosłup, barki, kolana, prawa kostka.

Czułam taką bezsilność, że wdrapując się na Babią, kilka razy niemal się popłakałam. Wiedziałam, że nie ma sensu pchać się dalej. Wraz z trzema osobami zeszłam do Krowiarek i tam się rozdzieliliśmy – ja wróciłam do schroniska, trasą, którą już pokonałam przed północą, a oni dołączyli do innych 3 osób i poszli dalej, trasą Wyrypy. Kinia pisze z trasy, że jest słabo, ale walczą.

Ja zrobiłam w sumie tylko 20 km.

Po powrocie do schronu, ulokowałam się już w cywilizowanych warunkach, czyli w pokoju, na łóżku i odpoczywam.

Wyprawa 54., suma km, które przeszłam – 892.

Aaaaa!

Za godzinę wyruszam na Wyrypę.

Plecak waży 13 kg, bez rakiet (rakiety to dodatkowe 2 kg), ale cześć gratów zostawiam po drodze. Trochę w schronisku, trochę w 2 autach po drodze.

Nasz plan zakłada, że przed północą dotrzemy do Markowych Szczawin. Około 4.startujemy, żeby zaliczyć wschód słońca na Babiej. A potem się zobaczy.

Minusem jest to, że po poprzednim weekendzie kręgosłup mnie do tej pory boli.